O Borysie zwanym Brysiem…

Zostaliśmy we trójkę. Ja i moje dwa stareńkie psy – z odzysku. Po Bratku została pustka, zbyt dużo pokoi, schody, na których nie zamontuję już windy i ciągłe patrzenie na miejsce, w którym stało jego wypożyczone, inwalidzkie łóżko. I przy tym patrzeniu wciąż wracały do mnie dni, kiedy zaczynał umierać. W  tym piętrowym domu z pionowym ogrodem czułam się obco i nie kochałam tego domu, chociaż remontowałam go aż przez rok, żeby ułatwić Bratkowi życie.  Pies Gutosław Trzyłapek zupełnie nie używał tej pionowej części ogrodu, a ja do pustego ogrodu również nie miałam interesu chodzić. Pół działki na dole się marnowało. A żeby coś sensownego z tego zrobić, wypadałoby włożyć jeszcze jedną kupę pieniędzy. Więc wystawiłam dom na sprzedaż.

W międzyczasie przyszło mi do głowy, że skoro mam tyle miejsca, a nowy dom, ten, którego szukam – musi mieć płaską działkę, więc wręcz wypada przyjąć do rodziny jakąś psią biedę, aby ją na starość uszczęśliwić. Mam warunki i mam nowe miejsce w sercu…

Zadzwoniłam do Reni, noszącej bez pozwolenia moje nazwisko; a może to ja noszę jej, nieważne… No nie, ja przecież noszę nazwisko mojego byłego męża! Mój były mąż, Stefan już nie żyje i pozostało mi po Nim.  Na wieczną pamiątkę… Przecież ja Go nigdy nie zapomnę!

Renia D., warszawska wolontariuszka schroniska w Józefowie, a po pierwsze aktorka, umieściła na swojej stronie apel o dom dla maleńkiego staruszka, Kubusia. Zgłosiłam się  więc po niego. Renia załatwiła wszystko, transport i adopcję i udała się po maleństwo. Maleństwo latało po schronisku luzem i w ramach protestu, że chcą je przesiedlić z fantastycznego miejsca, gdzie ono jest kierownikiem co najmniej, pogryzło Renię i nie dało się złapać.

Zadzwonił telefon z zapłakaną Renią.

– On się nie da złapać, lata sobie i chyba mu tu dobrze, więc co ja mam zrobić…?! Już mam transport załatwiony i co, transport mi się zmarnuje, jak pies nie chce jechać????! Co mam zrobić????!!!!

– No daj spokój, naprawdę nie ma innego małego psa? Nie masz tam wyboru?

– …właściwie to mam, dwieście – odparła szlochając.

– Więc idź i weź pierwszego wolnego, byle spełniał warunki. Ma być stary, nieszczęśliwy i malutki, bo ja muszę go umieć zanieść na rękach do weterynarza, gdyby na przykład zachorował.

– Dobrze, to idę szukać…

Za chwilę znów rozszlochany telefon.

– Mam takiego małego, on też lata luzem i pewnie nie będzie chciał jechać, ale stoję przed klatką innego, który na mnie tak patrzy, tak patrzy…

– jak patrzy, to go bierz! Widocznie to on jest mój!

– Ale on jest trochę większy! – zaszlochała znowu.

– Ale skoro patrzy… to brać! Ile jest większy?

– Trochę….

– Tak do kolana? Jak spaniel na przykład?

– Jak spaniel, trochę wypasiony…bo on mało wychodzi z tego boksu, niewybiegany jest, to trochę utył…

– Trudno, damy radę… patrzy?

– Patrzy, ale jak!

– Nie ma o czym dyskutować i  się zastanawiać, bierz go do tego transportu, bo to jest mój pies! Jak stary?

– Ma siedem lat, i przez te siedem lat nikt nigdy się przed nim nie zatrzymał, a on jest taki kochany… i wcale nie ma choroby sierocej schroniskowej…

–  No widzisz, jaki mój piesek jest dobrze wychowany? Czekam na was w sobotę. Bez dyskusji.

I w sobotę przywieziono z Warszawy do Brzozowa psa o imieniu Astrak. Wypasionego spaniela, który wygląda tak 20160625_123214-1

Wszedł do domu, przywitał się z Sabinką i Guciem Trzyłapkiem, polatał troszkę, napił się wody i został. A młodzi ludzie, którzy go dostarczyli, odjechali z powrotemWszystko byłoby w porządku, gdyby wieczorem nie nastąpił konflikt jedzeniowy. Moje dwa maluchy miały wystawione w dużym pojemniku psie chrupki i częstowały się, kiedy miały ochotę. I specjalnie nie nadużywały jedzenia. „Astrak” znalazł te chrupki i zaczął się pożywiać. Za chwilkę podeszła Sabinka i została przez niego napadnięta. Gutek również. Ja rzuciłam się na ratunek, rozdzieliłam walczącą trójkę i zdenerwowałam się potwornie. Roztrzęsłam się i kiedy rano historia się powtórzyła, zaczęłam się tego wielkiego psa bać. Rany boskie, nie można się bać własnego psa! A jak ten własny pies zacznie dominować…???!

Następny dzień minął nerwowo, psy się poznawały, chrupki zostały schowane, a ja bałam się, że Borys (bo tak dostał na imię), zagryzie mi obydwa pieski – Sabinka, choć malutka, umie się bronić i też go pogryzie, a Gutosław-kaleka wcale się nie broni, tylko usiłuje uciekać. zaczęłam żałować swojej decyzji…

Prawie go oddałam…

Renia D. tym razem była telefoniczną mentorką, wytłumaczyła mi, jak mam zareagować na następną aferę, jak pokazać psu, że to ja rządzę… Rzeczywiście przy następnym konflikcie rzuciłam się na Borysa i złapawszy go za kark rozpłaszczyłam na podłodze. Pomogło.  Borys stał się najsłodszym przytulasem na świecie. Do tej pory wciąż kładzie mi głowę na kolanach i prosi o głaskanie. Boże, jak on pragnie dotyku!

Po kilku dniach Borys zażądał spania razem z całym stadem i zajął przy mnie „małżeńskie” miejsce. Na samym środku łóżka. Łóżko zrobione na zamówienie, dwa metry na metr dwadzieścia, dotychczas było wystarczająco duże. Ale się zbyło.

cdn.  -może jutro?

Komentarze

komentarze

Post a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *