Drodzy moi czytelnicy najulubieńsi…

WIN_20160220_115052Nową część bloga zmuszona jestem zacząć od „Kronik Szpitalnych”, chociaż bardzo nie mam na to ochoty…
Miałam okazję przemyśleć ostatnie miesiące mojego życia i wysnułam wniosek, iż nie da się – a może nawet nie powinnam – ominąć ogromnej tragedii, która nas dotknęła.
Pierwszą część bloga, tę zatytułowaną „Po myślniku”, w dużej części poświęciłam mojemu Bratkowi Romanowi, choremu na Zespół Downa, a mimo to prowadzącemu fajne życie. Myślałam, że pomieszkamy sobie razem jeszcze przez długie lata w naszym wymarzonym „domu z ogrodem”, ale miałam jakieś przeczucie, że powinnam się spieszyć… No i natychmiast po sprzedaniu mieszkanka nad Zatoką Pucką przyjechaliśmy do Brzozowa. Ze względu na cenę domu i ogrodu, ze względu na szpital, mający opinię jednego z najlepszych w Polsce południowej i wreszcie ze względu na pozostałych gdzieniegdzie znajomych, jeszcze z czasów sanockiego dzieciństwa.
Pamiętacie, że mój Bratek Roman powoli gasł. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej.
Na tyle szybko, że w drugiej połowie stycznia znalazł się w szpitalu. Wcześniej oczywiście przyjeżdżali do niego lekarze, pogotowia, pielęgniarki… Bardzo dużo pomagała mi przy nim Kasia, opiekunka. Ale kiedy nic już nie pomagało, a Bratek przestał już nawet siadać, pogotowie zawiozło nas do brzozowskiego szpitala. A Bratek nie protestował…
Mówiłam już, że chyba Opatrzność mnie do tego malutkiego Brzozowa przywiodła. Bo nie dosyć, że Romusia traktowano normalnie, zwyczajnie; po prostu jak CZŁOWIEKA, któremu należy pomóc, i którego trzeba leczyć. No i w każdej chwili dnia czy nocy mieliśmy dostęp do pomocy medycznej…
Bratek zgodził się zostać w szpitalu i wtedy już wiedziałam, że musi być bardzo źle. Zresztą znałam go całe życie, każdą jego minę, każde skrzywienie… choć nie umiał już niczego powiedzieć zrozumiale, ja rozumiałam.
Słuchajcie – pozwolono mi zostać z nim na oddziale wewnętrznym, pozwolono mi tam spać, wtrącać się do wszystkiego i nawet na sali z monitorowanymi czynnościami życiowymi także mogłam „zamieszkać”!!!!
Cieszę się, że nie spotkało nas to chorowanie ani nad Bałtykiem, ani w Krakowie. Próbki pomocy medycznej tam już braliśmy…
Ja nie mogę, nie chcę i nie mam zamiaru opisywać Wam dokładnie naszego pobytu w szpitalu. Było ciężko, ale byłam z moim wiecznym dzieckiem bez przerwy. Nawet w momencie odchodzenia…
To tyle. Zostałam sama z pieskami. Cały dom był remontowany dla Bratka. Łazienka najwygodniejsza na swiecie, w której już nie zdążył się wykąpać, ubikacja zaraz za drzwiami,
z której korzystał zaledwie około miesiąca…
Myślałam, że jestem na tyle pogodzona z losem i przygotowana na najgorsze, że potrafię spokojnie przeżyć ten czas przejściowy, już po krakowskim pogrzebie, kiedy wrócę i Bratka nie będzie. Niestety, jednak przeliczyłam się – sama ze sobą. W Krakowie chodziłam przeziębiona i okrutnie słaba, lecząc się wszelkimi gripexami i saszetkami, z których większość składa się z paracetamolu. Ale jakoś dałam radę powrócić do Brzozowa, przywitać się z okropnie smutnymi pieskami – Guciem i Sabinką, po czym zaległam.
I znów leki antyprzeziębieniowe, antygrypowe… nie, żebym leczyła się sama, w Krakowie nawet lekarz został wezwany do domu! Nie do mojego domu, tylko naszego przyjaciela Artura, ale do mnie! Więc: do domu.
A w Brzozowie w nocy z piątku na sobotę atak bólu jakiś nastąpił… Zadzwoniłam po Kasię, znalazłam się na SORze, potem w domu, kiedy przeszło… Tylko siły jakoś było niewiele…
Przelezałam tak z pieskami  sobotę i niedzielę, myśląc, że „druga połowa domu” nawet do nas nie zajrzy…
Na szczęście w poniedziałek rano zajrzała Kasia, weszła do mnie i wydała okrzyk. Okrzyk pod tytułem ” A coś ty taka żółta????!!!!”
No i się zaczęło. Wezwała lekarza, lekarz wezwał pielegniarkę z igłami i fiolkami, po czym drugiego dnia odebrałam bardzo sympatyczny telefon od pani doktor z przychodni, że bardzo miło jej mnie poznać, choc okoliczności są niezbyt jednak miłe, bowiem zaprasza mnie do szpitala, zaraz, dziś, i to bynajmniej nie w celach towarzyskich, ponieważ badania wykazały, że mam zółtaczkę. No i tak to poszło…
Przyjęto mnie na chirurgię, żeby w razie czego od razu operować, jak sądzę. A jeżeli mam być szczera, to zdarzyło mi się zwątpić w wyjście z tej choroby…
Po kilku dniach doniesiono mi laptopa, więc wpisałam niewesołe zdanko na FB.
I zaskoczył mnie odzew… nie wiedziałam, że aż tyle osób jest zainteresowanych moim samopoczuciem, że aż tylu z Was skomentowało mój wpis!
No i oczywiście musiałam się popłakać. Dopiero wtedy…

Kroniki Szpitalne 2,

czyli fragment maila wysłany do kolegi Andrzeja Pacuły, opublikowany za zgodą adresata, oczywiście…. Pytanie Andrzeja brzmiało jakoś tak: ale co jest, dlaczego cię zamknęli w szpitalu, nie rozumiem… I oto moja odpowiedź:
…ależ ja jestem na chirurgii, nie na psychiatrii!!!!! 😉 Strasznie byłam słaba i słaba, a po powrocie z Krakowa dostałam boleści żołądka i wątroby – mówię obrazowo, że w tych miejscach bolało, gdzie uważamy, że te narządy się znajdują.  Pogotowie przyjechało, bo się darłam z bólu… Co nie znaczy, że np. sąsiadka z drugiej połowy domu mnie usłyszała i litością powodowana przyszła w celach samarytańskich, nie, skądże! A swoją drogą wiem, że słychać doskonale… Ale od naszego wyjazdu z Bratkiem Romusiem do szpitala jakoś jej nie widać (chociaż słychać). Zadzwoniłam sobie do Kasi – opiekunki, ona przyjechała do piesków i wezwała pogotowie. Tam mi dano kroplówkę przeciwbólową i już. Gdyby znów bolało, to w poniedziałek gastroskopia. Ale więcej już nie bolało. Wróciłam na łykend do domu. Siła w granicach 2 licząc w skali od 1 do 10. Usiłowaliśmy z pieskami przespać ten czas. Miałam temperaturę poniżej 35 stopni (C!) i jakoś tak mnie wysypała pokrzywka, potem swędziały mnie okrutnie stopy i dłonie. W poniedziałek przyszła Kaśka (opiekunka Bratka) i wrzasnęła: A co ty jesteś taka żółta?! Więc na uginających się nogach poszłam do lustra przy świetle dziennym – i faktycznie – opalona byłam jakbym z Majorki wróciła, a białka oczu żółciutkie były i troszeczkę kolorystycznie nie współgrały z niebieskimi tęczówkami. No i zabrali mnie i już nie wypuścili. Początkowo byli pewni, że zrobiły mi się kamienie żółciowe do operacji natychmiastowej, ale skoro już zdążyłam zmienić karnację, to znaczyło, że rozlazły się dalej (te kamienie) i trzeba będzie je w Rzeszowie wyciągać ze mnie podobnie jak balon gastryczny (tylko  bardziejsięgając w głąb pacjenta), co to go pewnie pamiętasz.. . ale USG nie potwierdziło kamieni, wykluczyło raki i przerzuty, więc codziennie pobierają mi krew i szukają przyczyny żółtaczki. Bo na jedną byłam szczepiona przed operacjami, ale podobno jest mnóstwo jeszcze innych chorób wątrobowych, w dodatku uleczalnych. No to czekam sobie. Pieski siedzą z nianią, mnie kupiono i dostarczono przed chwilą laptopa, ale za dużo siły do niego nie mam. Ciężki jest… A Marek Prusakowski (gitarzysta z Gdańska, były ordynator zakaźny) zasugerował, że mogłam nawet przedawkować paracetamol… Więc może być to byle co, a może też być i poważna sprawa…czego sobie osobiście nie życzę.Parametry wątrobowe miałam podniesione kilkunastokrotnie (albo więcej), przy czym wczoraj pani dr oznajmiła mi z radością, ze bilirubina mi spadła z 58 do 40, przy normie zdaje się od 0 do 10… 🙂 A nastroje? Jak nas troje, a było czworo…
Właśnie otrzymałam wyniki, które są ujemne, co znaczy, że najprawdopodobniej był to epizod bólowy – spowodowany przelotem jakiejś komety przez moje drogi żółciowe, jak orzekł pan ordynator… Krótko mówiąc: powtórzono USG, gdzie ukazały się małe kamienie zapakowane w woreczek oraz coś wąskiego, przeciskającego się gdzieś tam. I to potwierdzałoby pierwsze podejrzenie…
Jeżeli epizodów nie będzie i będzie opadać we mnie żółć (która mnie po prostu zalała), jest szansa, ze z tego wyjdę i niczego nie będą już mi wycinać. Chciałabym…
 Ewa Jasnożółta, Jakby Wiosenna…????!!!!

Komentarze

komentarze

Post a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *