O pechu i śpiewaniu, czyli co mi w życiu dała piosenka

Wpadło mi właśnie do głowy, że powinnam ten tekst zatytułować Wspomnienia chałturzystki. Ale jak zawsze – ktoś „tu” był przede mną. Tym razem Stefania Grodzieńska, wspaniała Dama naszej polskiej rozrywki. Tyle że chałtura pani Grodzieńskiej niewiele ma z moją wspólnego. Przede wszystkim dzieli nas czas dość długi.  Gdyby policzyć, to pewnie ze dwa pokolenia. Niemniej troszkę nam się te „kariery” (cudzysłowu użyłam dla mojej, dla pani Grodzieńskiej gdzieżbym śmiała!) zazębiły… jeszcze w czasach słusznie minionych. Powiedzmy – nie dla wszystkich tak słusznie…

Chałtura w PRL była produkowana masowo przez dwie instytucje państwowe (później doszła trzecia) w celach nie zawsze artystycznych. Wszyscy pięknie zarabiali, a poziom ratowali prawdziwi i wspaniali Artyści, którzy traktowali to jako prawdziwą pracę. Były również kluby piosenki (ZAKR), a wszystko to działo się przeważnie w Warszawie. Stolica – wiadomo – rządzi. Szczególnie wtedy, gdy panuje w kraju Podział Kompetencji Rozdzielany Centralnie. To się jakoś tam nazywa, ja już nie pomnę, a czytelnikowi, jak mniemam młodszemu, do niczego nie jest potrzebne. Jeszcze by zechciał powtórzyć i znów mielibyśmy jakąś piramidę finansową…

Dzieciństwo spędziłam w Sanoku, miasteczku wtedy małym i bez telewizji, a co najważniejsze bez szkoły muzycznej. Ognisko tylko było, muzyczne naturalnie, do którego moja mamusia zapisała już czterolatkę w celu popierania jej geniuszu. Geniusz się nieco rozwinął i padł, przytłoczony nadmiarem obowiązków pozaszkolnych. Wieczne powtarzanie tych samych pasaży i etiud zmęczyło moją naturę wędrowną i poszukującą. Nie wolno wszak było niczego zagrać ze słuchu. A w naszym domu wiecznie grało radio – nasze, polskie – i mrugając zielonym okiem, uczyło mnie  błyskawicznie wszystkich polskich piosenek. Dlatego chwilowo pozostałam mocno tradycyjna w odbiorze sztuki. Moi rodzice nawet nie słyszeli o jakichś tam „luksemburgach”…

Fortepian oczywiście porzuciłam po kilku latach, a zajęłam się tańcem. Cudowne, wspaniałe i wygrywające wszelkie konkursy układy taneczne – coś pomiędzy pantomimą a baletem, przy zachowaniu podstaw baletu – układała pani Czerepaniakowa. Do tego była rewelacyjna scenografia i stroje, finansowane najprawdopodobniej przez Młodzieżowy Dom Kultury (widziałam go kilka dni temu, istnieje!). W wieku około trzynastu lat miałam podstawy muzyczno-baletowe i coś trzeba było z tym zrobić. Powiatowy Dom Kultury zatrudnił czasowo jakąś wędrowną panią, aby wystawiła sztukę dla dzieci. Cała nasza klasa od razu tam poleciała. Inne klasy także. I jak zwykle zostałam obsadzona w roli starego, omdlałego na przyzbie ojca, a ponieważ połowa obsady wykruszyła się podczas prób, dostałam drugą rolę – dla odmiany młodego Pana Księżyca, wściekającego się po powrocie do domu (tak jak to oni mają, ci mężczyźni), ale już nie pamiętam, o co mu poszło, temu Księżycowi. Chyba za dużo roboty miał podczas wędrówki po niebie, bo go chmury zasłaniały czy też coś podobnego. Może łuk jego trajektorii był za bardzo wygięty?! Nieważne, istotne dla mnie stało się to, że dostawałam, niestety, te role męskie, chłopów i królów, starych i młodych, a to ze względu na moje krótkie włosy i przede wszystkim tak zwany gruby głos. Cóż, po warunkach lecieli… gender?

Na wybór drogi życiowej pod tytułem „śpiewanie” zdecydowałam się w tejże właśnie szóstej klasie z powodu pierwszego zakochania.W Andrzejku z zespołu muzycznego. Toż musiałam go widywać jak najczęściej, nieprawdaż? Szczegółowo opisałam tę historię w swoim blogu (ewagogolewskadomagala.blogspot.com) – oczywiście gdyby komuś chciało się poczytać… Chociaż – nie chwaląc się absolutnie, skądże – ten mój blog znalazł się w pierwszej dziesiątce blogów roku… Już wiem, wkleję to na końcu, dobrze? Krakowskim targiem?!

Śpiewałam i śpiewałam, szkoła się skończyła, ja się odkochałam i dostałam zaproszenie do supportowania przed koncertem Zespołu Rewiowo-Estradowego Sanockiej Fabryki Autobusów, który to koncert – tańce, piosenki i orkiestra odeonowa, z rozmachem, a co – miał coroczną premierę 22 lipca każdego roku. To takie święto było, chyba fabryki czekolady (?). W następnym roku śpiewałam już w programie jako pełnoprawna gwiazda. A kłopoty ze mną miała sprowadzana specjalnie z Rzeszowa pani reżyser teatralna Elwira Turska. Za nic nie chciałam wykonywać ponowanych przez nią ruchów scenicznych, ponieważ uważałam je za przesadne. W końcu ustąpiła, przyznawszy mi nawet rację… Stroje również „kazałam” przeprojektowywać na swoją modłę, no ale to był czas, kiedy wszystko wchodziło, zaczynali się hippisi. Nie u nas, skądże! Pieniądze na zespół płynęły, można było grymasić!

Koncertowaliśmy dużo, w zaprzyjaźnionych domach kultury, raz nawet na Słowacji, niedaleko granicy. Do tego występu cały zespół uczył się, z wypiekami na twarzach, pieśni ludowych w języku słowackim. Nauczono się, a jakże, tyle że po występie ktoś miejscowy doniósł, że jednak ten polski język mocno różni się od słowackiego, bo publiczność nie zrozumiała nic a nic… A w każde wakacje wysyłano zespół na dwutygodniowe, wypasione wczasy. Wypasione jak na tamten okres.

Po koncertach (niepłaconych, były przecież amatorskie) fundowano nam kolacje. Stoły prawie weselne – a może jeszcze bogatsze, no i wódka, wódka, wódka… lało się i działo… Papierosy wtedy nauczyłam się palić, a oduczyłam się dopiero po trzydziestu dwóch latach…

Jako siedemnastolatkę (68 rok!) rodzice przeprowadzili mnie do Krakowa. Byłam pewna siebie i pewna tego, że lada moment zrobię karierę. A tu – nie dość, że szkoła przestała mnie lubić, i to z wzajemnością, to Młodzieżowy Dom Kultury – ten słynny na cały kraj – załatwił mnie tak, że i śpiewać mi się na jakiś czas odechciało… (patrz: blog).

Po jakichś dwóch latach odważyłam się zaczepić Piotra Skrzyneckiego. Przesłuchał mnie on sam i Wiesiek Dymny, po czym orzekli, że jest ok, biorą. A ja, trochę z braku repertuaru, a trochę poprzez moje kabaretowe ciągoty, zrobiłam coś w rodzaju parodii (no nie, prawdziwą parodię przecież zrobiłam!) naszych kilku topowych gwiazd. Między innymi Anny German. Człowieczy los wykonywałam, stojąc tyłem na drabinie, a z przodu spływała na deski sceny długa spódnica z farbowanej gazy. Zapowiadało się to nieźle, lecz jak zwykle na mojej drodze stanął pech, tym razem w postaci pana od matematyki… a ja niewinna… na szczęście pan nic mi nie zrobił, ale do Piwnicy już więcej nie poszłam, niestety…

Moje śpiewanie przerwało się na jakiś czas, wyszłam za mąż, zmieniłam nazwisko z Gogolewskiej na Domagałę, urodziłam syna i wzięłam udział w Studenckim Festiwalu Piosenki – tym z jabłkiem Lutczyna na plakacie – a był to 75 rok bodajże. Piosenki śpiewałam napisane przez kolegę mojego męża, Krzysztofa Witka, aranżację zrobił i akompaniował mi (wraz z całym swoim zespołem Old Metropolitan Band) niezapomniany Andrzej Jakóbiec. Po festiwalu Andrzej prowadził Studio Piosenki „Przedsionek”, trochę mu „pomagałam”, a próby odbywały się w przedsionku Jaszczurowego biura. W następnym roku również pojechaliśmy wszyscy na FAMĘ. Z rodzinami. A z FAMY ja i żona Andrzeja wróciłyśmy
w ciąży. Oczywiście każda z nas z własnym mężem. Nasze dzieci urodziły się w odstępie dwóch tygodni, moje ciut wcześniej.

Mój charakter zmienił się przez te kilka lat na tyle, że nie śmiałam proponować niczego swojego w sensie interpretacji, nie umiałam się też przyznać, że kocham bluesa i że kiedyś chciałabym… Nic to, na festiwalu mnie zauważono, przydzielono dwie z głównych nagród (dwie ze względu na minimalizm finansowy każdej z nich, przy połączonych ilość przeszła w jakość). Elżbieta Wojnowska zgarnęła Grand Prix, gdyż – jak wiadomo – była poza jakąkolwiek konkurencją, a przede mną kariera stanęła otworem. A ściślej: stanęłaby, gdybym posiadała własny repertuar i kapelę. Dwie piosenki z festiwalu to za mało. Cóż, akurat w tamtym czasie było to dla mnie nieosiągalne. Za to zaproszono mnie (z rodziną) na FAMĘ. Otrzymałam tam nawet propozycję od jednego z warszawskich zespołów jazzowych… niestety, musiałam odmówić. Na tej FAMIE nikogo prawie nie mogłam namówić na akompaniowanie mi podczas koncertu, za to poznałam świetnych ludzi, z którymi pewnie nie spotkałabym się nigdy w życiu. I te znajomości do dziś procentują, chociaż kręgosłup wygina się w pałąk i przygniata człowieka do ziemi. Przynajmniej mnie, nie wiem, jak innych, bo spotykamy się głównie na FB. I Krzysia wtedy poznałam… Kilku muzyków udało mi się po długim szukaniu namówić na wspólne zagranie – i zagrali. Marek Prusakowski mi grał! Prusak, obecnie poważny bardzo ordynator zakaźny, i Waldek Chyliński (nie jestem pewna, czy równie poważny) bardzo pomogli mi w promocji książek, kiedy zamieszkałam przed dwoma laty nad morzem. Na chwilę zamieszkałam, chociaż myślałam, że już na zawsze… Waldek „pożyczył” mi piosenkę, Janusz Madej z Krakowa – projektant okładki mojego DZIEŁA – oprawił plastycznie, Marek i Waldek przysłali do mnie wspaniałą Panią Redaktor Wilczyńską-Toczko, która zrobiła o mnie i moim niepełnosprawnym Bratku świetną audycję radiową. Audycja na blogu i YT J (gdyby kogoś zainteresowała, naturalnie). Aha, nagrałam ją w pobliskiej wsi – tam prawie każdy ma swoje studio. Przy okazji zapoznałam się z cudami techniki audio – to też jakaś korzyść. Za moich czasów jeden utwór
nagrywało się przeważnie całą noc, a teraz? Pół godzinki! I to był jedyny raz, kiedy odstąpiłam od kategorycznego postawienia, że już nie śpiewam.

Była tam (czyli na FAMIE) również Ela Adamiak, nieznana jeszcze, a ja i Boguś Dijuk zachwyceni nią, spędziliśmy na jej koncert osobisty mnóstwo ludzi… Koncert okazał się wielkim sukcesem i chyba wówczas zaczęła się kariera Eli – z czego byłam bardzo dumna. Boguś też.

Zdarzyło się na tej FAMIE coś jeszcze, z czego nie byłam i nie jestem oraz nie będę nigdy dumna, a wręcz sumienie mnie do teraz gryzie i podszczypuje w tyłek. Otóż dałam się namówić Jurkowi Marczyńskiemu (Jurek, wybacz, że Cię oczernię) na zaśpiewanie Ballady, którą uprzednio użyczyłam Tamarze Kucerze ze szkoły katowickiej do zaśpiewania na koncercie…

Dygresja: znałyśmy się z Debiutów Opolskich, które wygrał zespół BABA (Jacek Zwoźniak, Kuba…), a przepadli: JA, Tamara Kucera, Basia Trzetrzelewska, Hanna Banaszak, Jacek Borkowski, Grzegorz Markowski… Alibabki, spotkawszy mnie o świtaniu przy ogólnej umywalce, przepowiedziały mi dużą karierę i chwaliły moje śpiewanie. Cóż, nie pierwszy raz ktoś się pomylił… Z tym, że one akurat już wstały, a ja jeszcze się nie położyłam W tenże dzień pierwszy sekretarz Piotr Jaroszewicz ogłosił w TV wielką podwyżkę cen. W kraju zawrzało, a festiwal skrócono o jeden dzień. Do domu wróciłam autostopem. Koniec dygresji.

Jurek wymyślił, że „prawdziwi artyści”, tacy ze szkół itp. „estrad” wystąpią na górze sceny, a ci, nazwijmy to, „studenccy” (kontestujący?) na dole. I namówił mnie na zaśpiewanie tejże samej Ballady na dole, zaraz po Tamarze. Ona,
jako zawodowiec, zaśpiewała to dokładnie po nutach, a ja nieco inaczej. Głupia wtedy byłam i nie sądziłam, że zrobimy dziewczynie krzywdę. Następnego dnia Tamara spakowała się i wyjechała bez słowa. Próbowałam to jakoś naprawić, szukałam jej latami. Nic. Kiedy pojawił się internet, FB, usiłowałam ją namierzyć, pytałam ludzi… nikt nic nie wie… nawet Wojtek Gogolewski, który wszystkich zna. Tamaro, jeżeli zbiegiem okoliczności to przeczytasz – przepraszam!!!! Najmocniej i najszczerzej! Chociaż dużo za późno, wiem.

W tamtych czasach nadal byłam przekonana, że prędzej czy później zrobię karierę w rozrywce, tylko muszą mnie znaleźć. Ale coś długo nie znajdowali, w co poniektórych moich działaniach mój życiowy pech szalał, co wymyśliłam, waliło się z hukiem! Że nawet nie wspomnę o przeglądzie w Rzeszowie, ale Jan Poprawa (był tam jurorem) niewątpliwie tego nigdy nie zapomni – a znowu – najmniej w tej klęsce było mojej winy. Miał być JazzKabaret – i był, ale niekoniecznie ten przeze mnie obmyślony. Nawet muzycy, jako poważni artyści, odmówili grania w perukach. Widocznie do założenia peruk musieliby pozdejmować korony. Jako pamiątkę dostałam od organizatorów ogromny dzban, taki do pasa człowieczego,
i wiozłam go jak głupia pociągiem. Stłukł się dopiero po kilku latach.

Kraków mnie nie kochał, z wyjątkiem kilku lat, które prześpiewałam w zespole Zbyszka Książka. Bardzo dużo jeździliśmy, Zbyszek tworzył przepiękne piosenki, niektóre specjalnie „pode mnie”. Pewnego razu w trasie – nie mam pojęcia, gdzie to mogło być – pewna panienka studiująca psychologię, a organizująca nam koncerty, zrobiła nam długi i wyczerpujący wykład, jak to niedobrze jest prowadzić takie objazdowe życie; rodziny należy założyć i zająć się czymś mądrym i pożytecznym, na studia się nawet wybrać, zawodu wyuczyć… Nikomu z nas nie chciało się tłumaczyć jej, że my już po. Niektórzy nawet już po rozwodach i jesteśmy od niej starsi o parę lat… cóż, ten „ruch studencki”. Pamiętam, że siedzieliśmy w akademikowej kawiarence, gdzie w dużym akwarium siedziały raki łapane osobiście przez studentów. Najpierw służyły do zabawy, a potem do wrzucania żywcem we wrzątek. Nasz Wacuś wyjął z akwarium takiego jednego, żywego oczywiście, i szalenie się cieszył, kiedy rak uciął mu swoimi szczypcami papierosa. Różni ludzie lubią różne rzeczy, prawda? I mówię tu nie o Wacku skrzypku, a o dziewczynie studiującej.

Kiedy odeszłam z zespołu, kilkoro drzwi się przede mną zamknęło. Jaszczurowe na przykład. I nie dotyczyło to tylko mnie, ale również mojego ówczesnego życiowego partnera, który zadarł wcześniej z kilkoma osobami.

A szczególnie z jedną, sławną później na całym świecie. Ta osoba mnie z kolei nie lubiła od dawna, z powodów całkiem innych. Nazwiska partnera nie będę wymieniać, niech spoczywa w pokoju.

Ukochany przez wszystkich muzyków i bywalców „Kuba” w końcu zdecydował się pozwolić nam zagrać w Jaszczurach, po długich naszych zabiegach. Już wtedy mocowałam się z jazzem, jak widzicie, szłam jednak do przodu. Do wtorku było kilka dni, w poniedziałek ktoś nam doniósł telefonicznie, że na szybie klubu wisi plakat „Ewa Domagała i jej gitarzyści”, a we wtorek rano doniesiono, że napisano na nim „odwołane”. Ze mną oczywiście nikt się nie skontaktował. Kuba niech spoczywa w pokoju.

Na szczęście moje kontakty z Jaszczurami odbywały się też inną drogą, a mianowicie śpiewałam z innymi zespołami, występowałam z Teatrem Tam, z którym zwiedziłam pierwsze pół świata, bo drugie już jako połowa duetu grającego i śpiewającego muzykę rozrywkową do tańca i do słuchania, a najlepiej do nieprzeszkadzania gościom w rozmowach… Im zimniejszy kraj, tym mniej było pracy, a tym więcej dobrego grania i zabawy. Z jednym, naturalnie, wyjątkiem, bo jakżeż by inaczej, przecież mój pech nie zasypiał, tylko kradł kasę, aż furczało!

W międzyczasie w warszawskim WOK-u dawaliśmy dużo koncertów podczas spotkań z poetami. Znanymi. Te spotkania prowadziła Ewa Lenart, a mój Życiowy i nasz przyjaciel Tadek Niećko komponowali do wierszy muzykę. Repertuar zmieniał się na tyle często, że nie było mowy o nauczeniu się czegokolwiek na pamięć, więc biedni moi muzycy musieli wszystko przepisywać do a mollu, C-duru i G, bo tylko w tych tonacjach umiałam czytać nuty a vista. Tu się właśnie ukłoniło moje
ogniskowe „wykształcenie” muzyczne z zakazem grania ze słuchu. Po prostu przez te lata, kiedy się uczyłam, nie wyszłam z grania w tychże tonacjach.

Cykl bardzo się podobał, ale nie mógł trwać wiecznie. A szkoda. Z kilkudziesięciu występów zapadł mi w pamięć jeden z nich, ponieważ odbywał się w domu starców. Podczas recytowania wiersza przez aktora jedna pani zwróciła się do drugiej pani z pytaniem: „Co on mówi?”. A ponieważ obie były głuche… moich śpiewów bez mikrofonu nikt nawet nie słyszał, a co dopiero słuchał. Wywiad z poetą nie mógł się odbyć ze względu na uporczywie zadawane pytanie. Już-już staruszkowie podnieśliby się z krzeseł, gdyby Tadeusz nie uratował sytuacji. Usiadł do stojącego tam fortepianu i poooszedł! Przez całą godzinę grał przedwojenne przeboje i trochę ludowizny, a zachwycona publiczność klaskała
i przytupywała. Następnie Ewa Lenart zrobiła z nami bajkę-składankę, która bardzo się dzieciom podobała. Ale potem pokłóciła się z dyrektorem.

Zachęcona powodzeniem bajki, zerżnęłam pomysł i skleiłam przedstawienie z miliona znanych nam rymowanych bajek, z Tuwimem i Brzechwą na czele, Życiowy zrobił muzykę; było dużo śpiewania, ja to pozszywałam w całość osobami: wróżki Weroniki (to ja), Krasnoludka Wielkoludka (mój) i Krasnalka Chudalka. Chudalka grał Paweł, flecista, i okazało się, że bajka chwyciła! Sami się przy niej dobrze bawiliśmy! Krakowski Dom Kultury, pod egidą którego występowaliśmy, zgłosił nas do konkursu odbywającego się w kawiarni hotelu „Pod Różą”. Otrzymaliśmy propozycję grania dwa razy w tygodniu, za niewielkie pieniądze, za to stałe. Ale niestety, panowie się nie zgodzili… jak pech, to pech.

W końcu przestałam czekać na odkrycie mnie przez „kogoś” i zaczęliśmy zabiegać o kontrakt zagraniczny przez PAGART. Uprzednio zmieniwszy repertuar na światowe przeboje. Najpierw jeździliśmy z zespołem, potem już tylkow duecie. Te wyjazdy dały mi dużo. Ale potem zabrały. Dużo pieniędzy, które zostały ukradzione, niewypłacone lub utracone w inny, niezależny od nas sposób. Dużo uznania u publiczności, co i tak na nic się nie przydało. Tyle że jeden z trzymiesięcznych kontraktów, w Jordanii, dyrekcja hotelu Inter-continental przedłużyła nam na pół roku. Króla Jordanii widzieliśmy na własne oczy. Potem umarł i królem został jego syn, urodzony z matki Amerykanki.

Dużo, dużo doświadczeń życiowych i muzycznych, dzięki którym niechcący zebrałam materiał do pierwszej książki napisanej w 2008 r., kiedy zostałam nieumyślnie całkiem „przywiązana do miejsca”. Nie, żadne więzienie to nie było. Natomiast musiałam znaleźć sobie coś do roboty, więc spróbowałam popisać. I poszło. Blondie$ zostały wybrane Książką Roku portalu Granice. A wcześniej książką na lato, jesień i zimę. A skoro tak, zostanę pisarką – pomyślałam. Po jednej książce to jeszcze nie bardzo, może po dwóch? I napisałam RUD€. Jak się domyślacie, pisarką zostałam nie wtedy, co trzeba, ponieważ teraz książki są nieco mniej modne i czytelników jakby mniej…

Śpiewać przestałam w wieku lekkopółśrednim, mając na uwadze słowa Wojciecha Młynarskiego: „…trzeba wiedzieć, kiedy wstać i wyjść…”, ponieważ to moje śpiewanie zaczęło lecieć w dziwną stronę – wiecie, są cztery: w lewo, w prawo, do góry i w dół, no właśnie. Knajpy, bale, moja własna kawiarnia muzyczna (wypowiedzenie piwnicy po tygodniu działalności, a trzech miesiącach remontu), co kosztowało mnie utratę mieszkania na Wielopolu… Dlaczego ja tego wszystkiego nie umiałam przewidzieć? Zawsze to, co się dobrze zaczynało, musiało potem paść z hukiem! W międzyczasie dwa razy prowadziłam kiosk typu „Ruch”, harowałam jak wół, a nie zarabiałam nic. Pech czy przekleństwo jakieś? Skądinąd wiem, że moja własna prababcia, z Sanoka zresztą pochodząca, przeklęła rodzinę swojej córki i zięcia do któregoś tam pokolenia. No dobrze, rozumiem, ale dlaczego mnie akurat finansowo? Nie była jasnowidzącą, nie mogła przewidzieć, że to ja się urodzę w maju 52 roku! Że artystka? Moja mamusia też była artystką; ze mną w brzuchu śpiewała w trio, z wielkim zresztą powodzeniem. Ale kiedy przyszło wybrać: scena czy dalsze studia medyczne, wybrała studia. Nie powiem, że nie żałowała, niejednokrotnie wspominała, że gdyby wiedziała, iż istnieją studia aktorskie, poszłaby na egzamin choćby boso! Owszem, poszła boso, ale na medycynę… I została pierwszą lekarką w Bieszczadach, która na motorowerze latała po górach do pacjentów… Ale to już inna historia.

A potem w wieku przedemerytalnym już mi zostały do ogrywania tylko wesela, czasem okolicznościowe potańcówki i rzadko sylwestry, a ostatni mój „występ” sylwestrowy również opisałam na blogu, ale jestem pewna, że nikomu nie będzie chciało się na bloga zajrzeć…

Reasumując: piosenka jako taka była ze mną zawsze, zdeterminowała całe moje życie – coś mi dała, coś zabrała bezpowrotnie i bilans wcale nie wychodzi mi na zero, pero, pero… Zupełnie podobnie do tego, kiedy jako siedemnastolatka pracowałam przez trzy miesiące na poczcie, przyjmując listy, nigdy po dniu pracy nie potrafiłam zrobić „winien–ma”, to znaczy ile listów przyjęłam i za ile, a ile listów wydałam, bo jakim cudem może wyjść zero, skoro między listami wydanymi a przyjętymi nie ma żadnej zależności?! Przynajmniej ja nie widziałam. I nie widzę nadal. Obecnie taki bilans (niekoniecznie listowy) potrafię zrobić z zamkniętymi oczami, tyle że nie mam po co. Różnych umiejętności nabiera się z wiekiem, lecz niemal zawsze zbyt późno. Za późno, żeby ich użyć. C’est la vie, cały twój Paryż… (Cygan dla Zauchy, tak?). Znowu wyniosło mnie w Polskę. Dla odmiany kupiłam dom z ogrodem w Brzozowie – podkarpackie to jest. Pół domu znaczy, bliźniaka oraz 11 arów nieogrodzonej, stromej działki. Za pół ceny apartamentu w Pucku. Dom już ogrodzony, ogród założony, remont jeszcze trwa. Mam nadzieję, że niebawem się skończy. Brzozów leży niedaleko Sanoka i mam nadzieję jeszcze spotkać się z kimś z „naszej klasy”. Może mnie i Bratka ktoś odwiedzi? Przemyśliwuję nad nowym zawodem dla siebie. Tyle ziemi ma się zmarnować, leżeć odłogiem?! Może zacznę uprawiać pokrzywy? Podobno łatwo. Jako zioła, oczywiście, nie trzeba z nich obrywać kwiatków, tylko kosi się równo! Cholera, tylko że ja kosy nie udźwignę, niestety… kupiłam taką spalinową, do powieszenia na sobie i wiuuuu! Próbowałam powiesić, owszem, ale objuczona takim ciężarem kroku jednego nie zrobię! Więc jakie wiuuuuu?! Wprawdzie jest kiosk do objęcia, ale przecież na tym się nie zarabia?!

*źródło artykułu: Muzeumpiosenki rocznik 2015 nr 3

Komentarze

komentarze

Post a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *