O tym, jak górale pogonili kapelę sztachetami, czyli mój ostatni przepracowany sylwester

Teraz mogę już wam opowiedzieć, jak to było…
Minęło odpowiednio wiele czasu, bo działo się to dawno temu, kiedy wprawdzie byłam wczesną babcią – w rzeczy samej bardzo wczesną – i kiedy powoli przemyśliwałam o tym, żeby przestać śpiewać. Siła siadła, zdrowie już nie to, a kasa coraz cieńsza. I powinnam wtedy myśleć szybciej.
Szkoda, że od razu nie sprzedałam całej swojej muzycznej wyprawki – pozbyłam się dopiero sprzętu nagłośnieniowego: kolumn głośnikowych i miksera-wzmacniacza. Reszta, czyli mikrofon i syntezatory jeszcze została.Czekały na dobrego kupca. Mogłam więc w razie czego je wykorzystać, oczywiście przy doczepieniu się do kapeli, która posiadała tę niezbędną resztę.
Z kasą akurat wtedy było dosyć ciężkawo, w domu panował smutek. Ale zdarzały się czasami jakieś chałturki do wykonania: bal korporacji, umilanie kolacji…a człowiekowi było żal porzucić to, co ukochał.
Dlatego, kiedy dostałam od pewnego znajomego skrzypka propozycję zagrania sylwestra za niezłe pieniądze, zgodziłam się. Na szczęście nie był to żaden hotel w Zakopanem. Tam grywało się przyjemnie, lecz wracało do Krakowa te sto kilometrów przez cały Nowy Rok. Przez dzień cały noworoczny. Ciężko.
Tym razem mieliśmy zagrać gdzieś tam koło Wadowic. Nieważne, byle wszystko było załatwione. Skrzypek był świetny,  słyszałam go, więc to wiedziałam – i to on miał wszystko załatwić. Wadowice niedaleko, pewnie będzie się fajnie i na luzie przygrywało…
Oprócz mnie i owego skrzypka zaklepana była druga dziewczyna, również z własnym repertuarem i sprzętem, w tym nagłośnieniowym. Oraz samochodem! Znałyśmy się dobrze, nieraz ogrywałyśmy imprezy tylko we dwie. I szło. Ostatni sukces odniosłyśmy rok wcześniej, grając imprezę sylwestrową w Warszawie. Wspólny repertuar śpiewałyśmy na dwa głosy, oprócz tego ja miałam ten eksportowany do ciepłych krajów, a ona do zimnych. Ja po angielsku, ona po niemiecku. I naturalnie mniej więcej jedną czwartą po polsku. Miałyśmy  razem najcelniejsze przeboje. Zapowiadało się znakomicie!
I jak to zwykle się dzieje z imprezami zapiętymi na ostatni guzik, rano, tuż przed wyjazdem, wszystko się posypało.
Koleżanka zrezygnowała. Zadzwoniła i tłumaczyła, że dostała w ostatniej sekundzie propozycję zastąpienia chorej wokalistki w wielogwiazdkowym hotelu, za wiadomo jakie pieniądze, więc niech sobie poradzimy bez niej. I że przeprasza. Po czym wyłączyła się, mówiąc, że musi zacząć się malować, pa.
No to pa. Zadzwoniłam do skrzypka z propozycją, żeby odwołał imprezę, ludzie najwyżej zrobią sobie dyskotekę. A on na to, że zamówiona była żywa muzyka, mowy nie ma o odwołaniu i on się powiesi, ale zagrać musimy!
Dlaczego musimy, przecież nie mamy jak zagrać ani z kim? Mikrofon jest, ale nie ma go do czego podłączyć, syntezatory są – ale nie ma ich do czego podłączyć, skrzypce są, ale nawet nie mają przystawki, której i tak nie byłoby do czego podłączyć….i w ogóle niczego do niczego nie można podłączyć, jeżeli nie ma sprzętu!
A on na to, że już podpisał umowę, wziął zaliczkę i przepadło, musimy zagrać. O, to rzeczywiście problem, bo tylko on tę zaliczkę widział i niewątpliwie przeputał, więc… musimy zagrać…. bo żonę facet miał ostrą…
Skrzypek dzwonił do wszystkich. A wszyscy byli zajęci. Graniem.
Zadzwonił do tej koleżanki, która odmówiła i zażądał, żeby dała zastępstwo. Bo on wziął zaliczkę.
Oddzwoniła po dwóch godzinach i powiedziała, że mamy skontaktować się z takim a takim numerem – jest facet z nagłośnieniem, grający i śpiewający. I ma samochód. Tylko mu trzeba więcej zapłacić, no bo wiesz, nie będzie mógł się napić jako kierowca, a to sylwester przecież…
Kolega skrzypek zgodził się na wszystko, szczęśliwy, że odrobi zaliczkę.
Umówiliśmy się za godzinę (zaczynało już zmierzchać!) pod konkretnym adresem w Krakowie. Trudno było tam dojechać, ponieważ nie było taksówek.Wszystkie odsypiały na zapas i czekały na noc. Mnie w końcu podwiózł ubłagany sąsiad – dźwigałam na sobie dwa „instrumenty klawiszowe”, kilka statywów w stanie rozłożonym na żelazne listwy – a skrzypek dojechał autobusem czy tramwajem, spocony wielce, bo dźwigał jeszcze saksofon. Wiesz, zawsze to urozmaici kapelę. Urozmaici, owszem – ucieszyłam się. Szkoda, że nie zauważyłam wtedy braku futerału ze skrzypcami…
Na miejscu miły facet, taki mniej więcej z naszego pokolenia, powynosił na ulicę co trzeba i położył w śniegu. Już miałam się zdziwić, czemu nie pakuje tego od razu do stojącego obok mikrobusu, ale uprzedził mnie pytając, gdzie mamy auto. Zatkało mnie całkowicie i przestałam się odzywać. No to kicha, nie jedziemy! Zastanawiałam się, czym wrócę do domu i przemknęło mi jeszcze przez myśl, czy koledze skrzypkowi wierzyciele krzywdy jakiej nie zrobią. Żona to z pewnością…  A w końcu co mnie to obchodzi, nie mój sylwester, nie moja żona, nie moja kasa (a nie, moja zaliczka!), chociaż widać, że raczej jej  nie odzyskam.
Tymczasem facet od nagłośnienia wyjaśniał, że on gra gdzieś indziej, a nam pożycza sprzęt nagłośnieniowy i w pakiecie daje swojego siedemnastoletniego syna, za którego ręczy głową i sprzętem, niech chłopak się przyucza, chociaż już teraz ma repertuar bardzo duży, zobaczymy. I rzeczywiście. Zobaczyliśmy.
Skrzypek – będę go uporczywie nazywać skrzypkiem, ponieważ mógłby ktoś oblojdę rozpoznać, a mnie byłoby wtedy żal…bo skrzypkiem jest rzeczywiście świetnym! O ile jeszcze żyje, jakoś dawno o nim nie słyszałam. 🙂
Cóż – dobrze, że miał dużo wolnych minut w komórce, bo dzwonił i dzwonił, i dzwonił, aż udało mu się wyrwać z domowej imprezy jakiegoś bliskiego kolegę, który zgodził się nas zawieźć na miejsce (i wrócić do Krakowa) oraz przywieźć do Krakowa (przyjechawszy znów z Krakowa). Nie wiedziałam za ile, ale skoro to taki dobry kolega ratuje przyjaciela….
Auto przyjechało, siedemnastolatek został nam przedstawiony, tata na boku poprosił, żeby dopilnować, aby nie pił – toż to dziecko prawie, niepełnoletnie…
Pojechaliśmy.
Tylko wciąż nie mogliśmy i nie mogliśmy dojechać, ponieważ nikt nie znał wsi o takiej nazwie. Kierowca za to znał skrót do Wadowic i woził nas bardzo wąskimi i bardzo śliskimi ośnieżonymi drogami, pnącymi się pod niebo… kilkakrotnie minęliśmy taką samą (tę samą?) kapliczkę.
 Na razie auto dawało radę. Choć ze dwa razy zrobiło małą cofkę. A raz większą.
Miejscowych ani śladu,wszyscy pochowani – w końcu znaleźliśmy kogoś, kto wskazał nam ręką azymut. Zbliżając się do naszej wioseczki minęliśmy kilka innych, gdzie naszym oczom ukazywały się rozpakowujące się kapele z tradycyjnym instrumentarium typu akordeon i gitara, trąbę nawet taką dwuosobową ktoś miał – wiecie, jak Golce na takiej czasem dają…
Zjawiliśmy się na miejscu mocno spóźnieni, cała sala gimnastyczna na nas czekała,dosyć już „rozbawiona”, a na końcu sali były drzwi do garderoby, przez którą wchodziło się na bardzo wysoką scenę.
Organizator chciał nam nieba przychylić, doniesiono nam herbatkę, ciasto, kanapki, szampana (specjalnie dla mnie) i postawiono flaszkę na stole. Dużą. I kazano się nie spieszyć, odpocząć i spokojnie się instalować.
A sala gimnastyczna przez chwilę jeszcze sama się pobawi. Wesoło.
„Moi” panowie natychmiast łyknęli pół flaszki na dwóch (tej dużej) i poustawiali na tej wysokiej scenie instrumenty oraz mocne, dobre głośniki na statywach, mikrofony i syntezatory. Dwa moje, jeden Młodego, ale i mikser postawił koło siebie. Przy okazji wydało się, że moje statywy (podstawki, rusztowania, podpórki) zostały w śniegu w Krakowie, więc musiałam jako podstawy użyć starożytnej ławki szkolnej. Takiej lekko pochyłej.Też pięknie. Mój mikrofon sprawdziłam, ustawiłam sobie piękną barwę, skrzypce miały grać do mikrofonu (bo wiecie, ja tę przystawkę do skrzypiec to znowu zapomniałem…), saksofon czasami również, jako wspomniane wcześniej urozmaicenie. Dzieciak zainstalował się na samiutkim przodzie sceny na środeczku, otoczony elektroniką i zaczęliśmy zaczynać. Najpierw instrumentalnie –  z dyskietki z dogrywaniem fantazyjnym na „żywo”, no i gadkę zaczęłam sympatyczną. Ale Młody wyłączył mi nagle mikrofon i doopa.
Na sali cisza zapadła, więc Młodzieniec coś zagrał i zaśpiewał, ludzie coś tam przetańczyli. Patrzę ci ja w lewo, a tam nasz skrzypek stoi przy mikrofonie z saksofonem i się kiwa. Po prostu: stoi i się kiwa. Nic to, teraz moja kolej. Zaczęłam – wstęp, zwrotka i „q…a, gościu, mikrofon mi włącz!!!!!” – gówniarz popatrzył jak na głupka, ale w końcu się kapnął i nacisnął guziczek. No i tak co utwór. Ciekawe, czemu akurat sobie nie wyłączał? Zagraliśmy tak do przerwy i zanim zeszłam po stromych schodkach do garderoby, panowie już skończyli flaszkę. Tę dużą. Ale chłopak obiecał, że nie będzie mnie już miksował. Zostawi włączony mikrofon na stałe.On nie wie, dlaczego się wyłącza, on niczego nie dotyka przecież, jakżeż by! Dobrze, tego właśnie chciałam.
A może ustalimy repertuar, co kto ma, bo wiesz, żeby  ludzie się bawili, to trzeba ich podkręcić troszkę… najpierw wolne, potem coraz szybsze…? – zapytałam. Pokazał, co tam ma. Na obchrępanej kartce. Kilka numerów, tych samych zresztą, które i ja śpiewałam. I te same podkłady na dyskietkach. Ok, mogę je odpuścić, mam wystarczająco dużo innych.
Weszliśmy na scenę, tam znowu smarkaty artysta wyłączał mi mikrofon po każdej mojej piosence, no cóż mu się do licha stało?! Nie mogłam dośpiewać żadnego drugiego głosu, a moje następne piosenki zaczynały być słyszalne gdzieś dopiero od połowy, jak sobie przypomniał i nadusił. Skrzypek nadal kiwał się „w ciszy” z saksofonem przy mikrofonie. Po lewej, chociaż nie do rytmu.
Przez garderobę weszło kilku takich i wołali „pod nogę grać, pod nogę”. No to ja zaczęłam repertuar polski,  jaki tam miałam, a Młody dalej swoje, bo nie dosłyszał. Za to mnie nie słyszał nikt – miałam wyłączony… ten, no…
Ludzie pod sceną wrzeszczeli do niego: zagraj bucu „Jak długo na Wawelu”, znasz?!!! – znam – odpowiedział, gdy już dosłyszał. Z pięć minut ustawiał sobie tonację i pooooszedł…..: jak długo na Wawelu Zygmunta bije dzwon, jak długo na Wawelu Zygmunta bije dzwon, jak długo na Wawelu Zygmunta bije dzwon, jak długo na Wawelu, Zygmunta… i tak całą zwrotkę. Bez następnych wersów. Potem drugą i trzecią…. Refrenu nie śpiewał, bo najwidoczniej go nie znał.
Przez garderobę wpadł na scenę pijany organizator, a piana mu z pyska leciała. To nie jest żadna żywa orkiestra! O, pani ręce podnosi! Z plejbeków lecicie! Ja się nie zgadzam! Ja wam nie zapłacę! I jeszcze udajecie, że śpiewacie!  A to też plejbek! Wszystko z płyt!!!! Oszuści cholerni! Grać mi tu pod nogę, na żywego, bo nogi z …! Tupał nogami i pluł na mnie – może dlatego, że byłam najbliżej – na szczęście dla pozostałej dwójki, bo na scenie raczej chyba nie odważyłby się  przywalić… kobiecie przecież, w dodatku w wieku lekko dojrzałym?!
Młody się przestraszył i walnął znów swoje „Jak długo…”, a skrzypek wreszcie zatrąbił… Jezu, co to się działo!!!!! Jemu to Nieletni mikrofonu nie wyłączał, więc ryk osła czy też słonia, bawołu albo Godzilli, całkowicie nie w tonacji, poniósł się daleko po halach….choć nie wiem, czy Wadowice mają hale, bo do tamtej pory nawet nie wiedziałam, że tam też mieszkają górale…ja z Bieszczad jestem!
Tego już sala nie wytrzymała. Ludzie stali pod sceną, rycząc prawie jak skrzypek na swoim instrumencie i wygrażając nam pięściami. Do smarkatego mieli najbliżej. Widząc to wszystko organizator otarł z pyska pianę i wypędził nas ze sceny – mnie nie zauważając jakby – i kazał się wynosić. Brzydkimi słowami kazał.
Skrzypek, który skrzypkiem był świetnym, lecz saksofonu chyba w życiu nie trzymał – jedynie może wieszał sobie na szyi,  bo mikrej był postury – że o dmuchaniu weń nie wspomnę, rzucił się do niego: a płacić?! Gość uniósł się honorem, rzucił połową kasy o stół i zorganizował ucieczkę. Schował nasze „dobrane trio” do jakiejś salki, żeby nas goście nie znaleźli. Boć przecież samochodu nie było!!!!!!
Czekaliśmy cichutko do jego przyjazdu, a sprzęt wrzucili nam do środka  jacyś tam, łagodniejsi nieco. Co nie przeszkadzało, że rzucali jak workami kartofli. Skrzypek nadal chciał wykłócać się o kasę, więc szybciutko wyjechaliśmy z podwórka. A tam kupa ludzi, wychodzących i wściekłych. Rozpoznali samochód. Zastawili drogę. Co poniektórzy mieli coś w rękach i sądzę, że nie zawahaliby się tego użyć….
Auto przebiło się jakoś przez tłum i po milczącej podróży porozwoziło nas po domach. Skrzypkowi nie wystarczyło całych „naszych zarobionych” pieniędzy na zapłacenie koledze-kierowcy za wszystkie cztery kursy. Został z długiem na drugi rok. Wściekły mamrotał, że ten… cały organizator powinien uprzedzić, że na wsiach pod Wadowicami gra się tylko prosto i „pod nogę”. Ludowiznę najchętniej!
Mój Boże, jakie to szczęście, że ze dwa tygodnie później zagrałam przecudowny bal, we dwoje – z Bogusiem Dijukiem (obecnie KRAK-RADIO), gdzie goście pięknie się bawili i chwalili nas bardzo….
Bo w innym wypadku zakończyłabym karierę chałturniczki straszliwą klęską ze sztachetami w tle…! ..
Zaraz potem sprzedałam resztę sprzętu i już. Za byle ile.
 I zajęłam się czymś innym, mniej niebezpiecznym…:)
Wasza Autorka

Komentarze

komentarze

Post a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *