Rud€

Rude_okladka„RUD€” to druga książka Ewy Gogolewskiej-Domagały. Debiutancka powieść autorki – Blondie$” – została uznana przez czytelników portalu Granice.pl za najlepszą książkę obyczajową 2010 roku. „RUD€” stanowią jej kontynuację.

„RUD€” to historia, która prowadzi czytelnika przez pół świata – od belgijskiego Liege, przez Koło Podbiegunowe, Tunezję aż do Krakowa.

Głównymi bohaterkami Rudych są mieszkające w Belgii przyjaciółki, a wśród nich Samira – „au pair” z Tunezji. I to właśnie jej osoba, kobiety rozpaczliwie poszukującej swojego utraconego dziecka – łączy obie książki. Po latach Samira spotyka Huberta, który pomagał Polkom w tunezyjskiej intrydze. Spotkanie sprawia, że poszukiwania nabierają tempa, ale los znowu zechce się wtrącić… Następują straszliwe oraz zabawne zwroty akcji i niespodziewane przeszkody. Okazuje się, że nasz świat wcale nie jest taki ogromny, a ludzie spotykają się w nieprawdopodobnych miejscach i okolicznościach.

Książka napisana zręcznie, z humorem i ze swadą, z charakterystycznym dla autorki dystansem do świata i ludzi. Od początku do końca została pomyślana jako wysokiej klasy literatura rozrywkowa – lekka, zabawna, ale niegłupia.


Rude w wybranych księgarniach:


Strona książki i lista księgarni w porównywarce cen:
Ceneo.pl

Fragmenty powieści

Jeśli chcesz zobaczyć fragmenty w formacie PDF, KLIKNIJ

Bilety do Tunisu zostały zarezerwowane, walizy spakowane, choć nie tak olbrzymie, jak planowała, bo Clementine po ostrej i owocnej dyskusji z Nicole zrozumiała wreszcie, że taniej będzie ewentualne braki uzupełnić na miejscu, niż płacić w samolocie za nadbagaż. I po co zabierać ze sobą niemal cały dom, skoro tam też istnieją sklepy. A nie jadą przecież na safari, ani do dzikich, afrykańskich plemion, tylko do hotelu z pięcioma gwiazdkami! Dyskusja wyglądała w ten sposób, że Nicole wygłaszała monolog podniesionym głosem, a Clementine stawiała bierny, barani opór, patrząc spode łba. W końcu chyba jednak zrozumiała, że jest osobą wystarczająco majętną, aby pozwolić sobie na kilkumiesięczny pobyt w luksusowym hotelu w spokojnym miasteczku Benalut nad pięknym Morzem Śródziemnym i w dodatku poza sezonem. Przestała protestować.

– Zrozum, to wychodzi nawet taniej niż wynajęcie domu – tłumaczyła Nicole. – I będziesz miała służbę, luksusy i francuską kuchnię na miejscu.
W dniu wylotu prało żabami, a wicher łamał gałęzie i podróż stanęła pod znakiem zapytania. Ale Nicole nie poddając się, dowiedziała się, że po południu pogoda ma się poprawić i nikt nie planuje odwoływania lotu do Tunisu. Nie zwracając uwagi na głupie protesty wpakowała całe towarzystwo do samochodu i pokonując żywioły zawiozła ich na brukselskie lotnisko. I raptem wiatr przestał wiać i wszystko się nagle uspokoiło. Z wyjątkiem Bastiana, który akurat teraz wymyślił sobie zabawę w chowanego, znikając co chwilę matce z oczu i dokładając jej zdenerwowania. I tak chciała uciec gdzieś przed siebie i schować się przed życiem, ale na szczęście w porę przypomniała sobie, że dokładnie to właśnie robi. Ucieka na koniec świata, na inny kontynent! Do Afryki, gdzie są słonie, krokodyle, Sahara i dzikie plemiona z dzidami! W porę jednak przypomniała sobie, że jedzie do cywilizowanego kraju, nad morze, toteż uschnięcie z pragnienia jej nie grozi, a dzikich mieszkańców Afryki na pewno nie spotka w hotelu z pięcioma gwiazdkami. Słonia chyba też. I powtarzając sobie w myślach: „jestem całkiem spokojna, całkiem spokojna”, trzęsąc się pozbierała dzieci, bagaż podręczny i wsiadła do samolotu. Na szczęście Bastian został od razu spacyfikowany przez stewardesę, która mając widocznie spore doświadczenie z małymi podróżnikami, kazała mu usiąść i zapiąć pasy. Usadziła ich z przodu, zaraz za kabiną pilotów. Obok, niestety, siedziała pani z niemowlęciem i Clementine obawiała się, że znów nie zazna spokoju, ale okazało się, że jak zwykle bała się na wyrost. Niemowlę było wyjątkowo grzeczne, Bastian po zachwytach widokami za oknem przespał prawie całą drogę, tak jak i jego siostra. Tylko ich matka zamartwiała
się o najbliższą przyszłość i nie mogła usnąć. W rezultacie w Tunisie wylądowało dwoje wypoczętych dzieci ze swoją słaniającą się na nogach, wykończoną matką.
Weszli do ogromnej, dusznej hali przylotów i od razu oblepili ich taksówkarze.
– Madame, do mnie proszę, u mnie najtaniej! – wołali i każdy łapał za walizkę. W dodatku każdy za inną, i Clementine przestraszyła się, że zaraz ich i walizki rozszarpią i rozdzielą, nie zdążyła się jednak całkiem i mocno zdenerwować, bo właśnie podszedł do nich elegancki facet w garniturze, który zapytał:
– Madame Melzian? – I nie czekając nawet na odpowiedź zagarnął ją i dzieci, i zaprowadził do czekającego hotelowego mikrobusu. Taksówkarze zniknęli nagle z pola widzenia, jakby nigdy ich tam nie było.
„No, zaczynają się wydatki” – zauważyła w myśli, ale na szczęście przypomniała sobie w porę, że jest bogata i przestała się na chwilę zamartwiać. Podróż nad morze trwała godzinę, ale dzieciaki zajęte były oglądaniem rosnących wzdłuż szosy potężnych kaktusów i palm oraz dziwieniem się, że mijane domy nie mają dachów. Clementine jakoś to nie zainteresowało, bo pomyślała tylko, że może mieszkańcy lubią, jak im pada deszcz do środka.
Jadąc do hotelu przez skąpane w zachodzącym słońcu bajkowe miasteczko, cały mikrobus zachwycał się pomarańczami rosnącymi na drzewach, którymi wysadzona była ulica. Pomarańcze leżały wszędzie, na chodnikach i na jezdni. Samochody rozgniatały je kołami i Clementine naturalnie musiała pomyśleć: „Co za marnotrawstwo”.

Na plaży nie było zbyt wielu ludzi, tylko pod niektórymi okrągłymi daszkami z trawy siedziały grubaski płci niewątpliwie żeńskiej, bo zewnętrzne cechy płciowe posiadały przeważnie w nadmiarze, więc trudno byłoby się pomylić. Niemłode były, w większości w średnim wieku, niektóre w bardziej nawet zaawansowanym, przystrojone w dwuczęściowe stroje bikini. „Celniej byłoby stwierdzić: rozstrojone” – złośliwie pomyślała Clementine. Nadmiar ciała spływał im po bokach lub kładł się wdzięcznie na piasku. Te, które nie miały własnego męskiego towarzystwa, były oblegane przez bardzo, ale to bardzo przystojnych młodych brunetów. I widać było gołym okiem, że niektóre z nich są z tego całkiem zadowolone. Clementine gdzieś czytała, że pewne dzikie plemiona afrykańskie specjalnie tuczą swoje baby, bo tak im każe subiektywne poczucie piękna, ale młodzieńcy tunezyjscy na dzikich nie wyglądali. Przeciwnie nawet! Dopiero po kilku tygodniach pobytu Clementine domyśliła się profesji owych panów, kiedy zauważyła, jak to z dnia na dzień wyglądali i pachnieli coraz ładniej i zaczynali chodzić coraz lepiej ubrani. A na swoje tłuste damy patrzyli jak na co najmniej bóstwa. Nic dziwnego, różnica w wartości pieniądza była duża. W zamian za usługi – przysługi ciężkiego raczej kalibru – wybranki serca kupowały im różne wspaniałe rzeczy, ale i tak szczytem elegancji były garnitury. Clementine – jako żona artysty – nie lubiła mężczyzn w garniturach, więc właściwie odpadliby w przedbiegach, gdyby do niej też startowali. Na razie tego nie robili, może była za młoda albo za chuda. A może odstręczała ich obecność dzieci? Zresztą nie po to tu przyjechała. A co robiły seksturystki guzik ją obchodziło. Nie wpadło jej natomiast do głowy, że panowie raczej umieli odróżniać swoje potencjalne zdobycze finansowe od zwykłych wczasowiczek.

– Wiesz chyba, że pochodzę z Tunezji. Urodziłam się i wychowałam w Tunezji, gdzie obowiązują prawa całkiem odmienne od tutejszych. Jestem muzułmanką i bardzo trudno było mi przyzwyczaić się do waszych zwyczajów, chociaż po upływie czasu uważam je za dużo sprawiedliwsze niż nasze. Tutaj mogę czuć się bezpieczniej, mogłam skończyć studia, jedne, drugie, i nikt nie uważa mnie za gorszą, czyli głupszą płeć. Jestem człowiekiem, takim samym jak każdy mężczyzna i nikt nie zamierza poddawać tego w wątpliwość! Mówię ci, to było dla mnie najtrudniejsze do zrozumienia. Lata wbijania do głowy czegoś całkiem innego zrobiły swoje. No i tak mnie właśnie wychowano. Dopiero dzięki Clementine udało mi się stamtąd uciec.
Nie zrozum mnie źle, ja nie chciałam uciekać z Tunezji, nie było mi tam tak źle, nie zdawałam sobie przecież sprawy, że jest inny świat, gdzie może być inaczej… Ja się z tym wszystkim zgadzałam, nie znałam tego innego świata. Ewentualnie trochę z telewizji, ale nie za wiele czasu miałam na jej oglądanie, bo kobiety pracowały u nas za bardzo małe wynagrodzenie i pracy było dużo. Niezbyt ciężkiej, ale czasochłonnej. Musiałam wychodzić bardzo wcześnie z domu, jeszcze po ciemku, żeby zdążyć do pracy. Zamiast chodzić do liceum, bo nauka sama wchodziła mi do głowy i bardzo lubiłam się uczyć, musiałam pracować. Marzyłam więc sobie o dalszej nauce, nawet o zdobyciu Nobla, kiedy tak szłam po pustej jeszcze plaży do mojego hotelu. Byłam tam pokojówką. Sprzątaczką po prostu. Wędrując codziennie plażą puszczałam wodze wyobraźni, bo marzenia nic nie kosztują. Ale kiedyś zdarzyło się coś strasznego, co przewartościowało całe moje życie. I właśnie w rezultacie tego wydarzenia znalazłam się tutaj! Tak, ja nie przyjechałam tu tylko z powodu chęci kształcenia się!
To był tylko pierwszy etap mojego zadania. Bo ja muszę, muszę, muszę! Muszę znaleźć się w Polsce! Dlatego przyjęłam ofertę Clementine, aby zostać opiekunką jej dzieci! Przede wszystkim dlatego, że miałam, mogłam, znaleźć się w Europie! W Belgii, z której jest do Polski tak niedaleko.
Jochen milczał w dalszym ciągu, nie wiedząc, co powiedzieć. Niezbyt rozumiał, o co chodzi w tej opowieści, ale skoro dziewczyna musi to wszystko z siebie wyrzucić, to on wysłucha. Czemu nie. A potem postara się dyskretnie zapomnieć. Nie przypuszczał, jak bardzo się myli.
– Widzę, że cię nudzę trochę.
– Skądże, opowiadaj, może będę mógł ci jakoś pomóc, a może wystarczy, jak sobie pogadasz i popłaczesz.
– Ale ja chcę ci powierzyć największą tajemnicę mojego życia, nie wyśmiewaj tego, proszę.
– Ależ skądże – powtórzył widząc, że sprawa jest poważna. – Nie mam zamiaru z ciebie żartować, opowiadaj!
Samira uspokoiła się.
– No, co to za tajemnica? – spytał Jochen, troszeczkę tylko zaciekawiony. Właściwie bardzo niewiele.

Przeczytaj także:

Kontakt dla mediów:

Agencja PR EMPEMEDIA

empe(at)empemedia.pl