STARE DZIECKO

386217_217005775036162_1444879079_n

 

Mniej więcej po ukończeniu czterdziestki mój Bratek Roman zaczął chorować. Nie chorował zwyczajnie, trzydniowo na przykład. Jak już zachorował, to od razu występowało zagrożenie życia, były utraty przytomności, płyn w płucach, zapalenie stawów…
Jak mówiłam, Romuś panicznie bał się lekarzy i szpitali. Ale najbardziej bał się igły. Kiedy coś go bolało, skarżył się jednakowo; czy to była ciężka choroba, czy to był przysłowiowy paluszek. Rozróżnić te choroby można było tylko wtedy, kiedy sam prosił o lekarza lub karetkę… to znaczyło, że choroba jest poważna.
A zaczęło się wszystko od gipsu na skręconej kostce. Leżał przez kilka dni w łóżku, do czasu, gdy ktoś ze znajomych mamy przyniósł dla niego kule inwalidzkie. Bratek wstał, wsparł się na kulach i pokazał, jak to on pięknie umie przy ich pomocy się poruszać. Obszedł szybko dookoła pokój, zawołał „moja głowa” i opadł na fotel. Stracił przytomność na kilka minut, a potem zaczął sinieć. Mama (lekarz!) wpadła w panikę i wybiegła na korytarz z krzykiem. Zbiegli się sąsiedzi, ktoś zadzwonił na pogotowie, a ktoś po mnie. Mieszkałam dosyć daleko, choć też w Krakowie, ale przyjechałam w ciągu dziesięciu minut. Taksówką. Dziecko nadal było nieprzytomne, a twarz, uszy i ręce miało granatowe. Rzuciłam się do niego, chcąc udrożnić drogi oddechowe, nacisnęłam usta i wybiłam mu ząb, dolną jedynkę… w tym momencie dopiero przyjechało pogotowie. Byłyśmy pewne, że Bratek już się nie ocknie, lecz odzyskał przytomność i z tym gipsem na nodze zabrano go do szpitala. Ja nie mogłam pojechać karetką (prawa pacjenta jeszcze chyba nie były ustalone), więc podążyłam za karetką taksówką, myśląc, że już nie zdążę zobaczyć go żywego. A tu, już pod SORem, Bratek siedział (!) w karetce, z tlenem na twarzy i nawet mi pomachał…
Ponieważ była jednak stwierdzona ta utrata przytomności i pogotowie ją widziało, zatrzymano Bratka w szpitalu, na oddziale wewnętrznym. Wdarłam się za nim na siłę; musiałam przecież znaleźć mu jakąś opiekę, albo sama tą opiekunką zostać. Tymczasem położono go w sali dwuosobowej jako jedynego pacjenta, a pielęgniarka pokazała mu, że tu ma łazienkę, tu umywalkę… i oddaliła się… A on bez sił po zapaści i z tym gipsem na nodze!
Narobiłam rabanu, więc kazano mi zgłosić się do ordynatora po stałą przepustkę – z wyjątkiem nocy(!), lecz mogłam się zgłosić dopiero rano, bo był wieczór. Wymusiłam pielęgniarkę płatną (taki tam zwyczaj był), co i tak nie było takie proste, ponieważ panie miały swoją kolejność i ta „z kolejki” akurat była nieobecna. Nie chciały przydzielić innej, bo ma być sprawiedliwie. Każda z nich musiała dorabiać jednakowo. Mocno naciskałam, więc wezwano pielęgniarkę z domu, przyjechała i miała siedzieć całą noc przy Bratku i pomagać w razie czego. A mnie wysłano do domu.
Raniutko przyjechałam do ordynatora, przepustkę dostałam, mogłam być przy Romku nawet cały dzień. Ale w nocy nie. Z moimi dziećmi odbyliśmy naradę, dzieci przyjechały z mocnymi nożycami i męcząc się ze dwie godziny, rozcięły gips. W tajemnicy, bo „nie wolno bez konsultacji z chirurgiem” itd. A konsultacja? Cóż, najlepiej z tym, który mu gips zlecił…Postawiliśmy oddział przed faktem dokonanym i już. Dziecko mogło się w nocy poruszać. Bratek czuł się już lepiej, gdyż zaczął protestować przy pobieraniu krwi :). I po dziesięciu dniach wrócił do domu, z diagnozą: zapalenie płuc. Jak zwykle. Ale dobrze, że go wypuszczono, bowiem nocne pielęgniarki niemało kosztowały… Od tego czasu Romuś zaczął się jąkać. Bardzo.
Po każdej z takich chorób Romuś przestawał umieć chodzić. Znalazłam wspaniałego lekarza – reumatologa, dra Wójcika, który potrafił nawet poza godzinami pracy do nas przyjechać. Jego synowie – rehabilitanci, latali z Bratkiem po schodach tam i z powrotem, masowali go i aż trzykrotnie nauczyli chodzić od nowa.
Kiedyś znowuż doktor stwierdził u Romka wodę w kolanie i zaprosił nas do gabinetu na jutro. A gdy wbijał Bratkowi w kolano igłę, ten ani drgnął. Bardzo był dzielny, pozwolił sobie też wstrzyknąć do tego kolana lekarstwo.
Romuś przez cały ten czas uczęszczał na WTZ – z przerwami na chorowanie – i już nie za bardzo mogłam go wozić tramwajem, bo nie mógł wsiąść. A ja akurat wtedy byłam dosyć słaba, żeby te 80 kilo wciągnąć, albo wepchać na schodek. Przydzielono go więc do specjalnej taksówki, wożącej niektóre z dzieci. Choroba reumatyczna nie przeszkodziła mu w wygrywaniu, wraz z koleżanką Madzią, wszelkich konkursów tańca towarzyskiego :). A kiedy szliśmy na bal, moglam tylko prosić: wolniej, Romeczku, wolniej, odpocznij troszkę – a on się w tym tańcu zatracał… Natomiast gdy ja taki bal „ogrywałam”, Bratek grał ze mną na perkusji, a jak nie było perkusji, to na wszystkich przeszkadzajkach – i było ok. Raz nawet grał na tacy kelnerskiej… Czasami tylko wyrywał się do tańca, ale nie było to już dla niego takie męczące. cdn.

 

Komentarze

komentarze

Post a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *